Szlag może trafić – mówią ludzie. – Gdański urząd nadal się mebluje. Jak gdyby nigdy nic. Jakby nie było powodzi. Oszczędzać potrafią tylko na mieszkańcach. Nie znaleźli pieniędzy na ubezpieczenie lokali komunalnych. Ale na meble biurowe są…
Niedawno w jednej z gazet wzrok przyciągało sporej wielkości ogłoszenie: Zarząd Miasta Gdańska ogłasza przetarg nieograniczony na dostawę mebli biurowych na potrzeby Urzędu Miejskiego. Urzędniczy cynizm? Czy prawdziwa potrzeba? Sekretarz miasta Danutę Janczarek denerwuje pytanie o meble biurowe. Nie rozumie o co tyle hałasu – O przetargu na meble biurowe dla urzędu zdecydowano jeszcze przed powodzią. Meble są urzędowi potrzebne. Ale to nie są jakieś oszałamiające ilości – 30 szaf biurowych, 27 ubraniowych, 15 biurek, stół, stolik, 8 krzeseł, kilkadziesiąt przystawek kontenerowych – wylicza. – Nie podam kwoty zamówienia, bo to przecież jest przetarg. A urząd też ucierpiał. I na razie firma ubezpieczeniowa wycenia szkody – dodaje.
Jak ucierpiał urząd?
Okazuje się, że oszacował własne szkody po powodzi na 2 miliony złotych. Zalało głównie piwnice (niedawno remont piwnic oraz parteru kosztował miasto… 4 miliony złotych), archiwum, materiały promocyjne, papier faksowy. Ale główne koszty powodzi, to odmulanie i osuszanie dokumentów. O meblach nie ma wzmianki.
Popytaliśmy w urzędzie. I okazało się, że obecny zakup mebli biurowych jest tylko kontynuacją ubiegłorocznego meblowania, na które nikt nie pamięta, ile wydano. Wiadomo natomiast, że na ten rok z miejskiej kasy, tak chudej dla powodzian, wykrojono 150 tysięcy złotych na urzędowe mebelki. Jedna z urzędniczek mówi, że to nie jest kaprys, bo nie ma gdzie kłaść akt. -Urząd, proszę pani, ma być przyjazny klientowi – dowodzi.
Tanie odbitki przez internet.
Autor artykułu: Ryszarda Wojciechowska